Wyścigi
Światowy kryzys gospodarczy rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych, ale – jak doskonale pamiętamy – ekonomiczne spowolnienie przeniosło się na pozostałe gospodarki. Kryzys uderzył nie tylko w konkretne gałęzie przemysłu, ale także, co zabolało wszystkich fanów, w sporty motoryzacyjne. Szczególnie odczuły to wyścigi serii Moto Grand Prix. Japoński ekscentryczny inżynier-samouk - Yutaka Igarashi znalazł receptę na tą trudną sytuację i proponuje rozwiązanie. Igarashi pragnie, by od 2020 roku najlepsi motocykliści z najlepszych stajni ścigali się z jego wynalazkiem, czyli elektrycznym supermotorem.
Kosztowny sport
Od czasu eskalacji światowego kryzysu gospodarczego, Moto GP przechodzi trudne chwilę. Warto wspomnieć, że sporty motoryzacyjne, czyli wszelkiego rodzaju wyścigi i rajdy to sport bardzo kosztowny. Firmy wystawiające swoje zespoły, nie tylko opłacają sportowców i team inżynierów, ale co oczywiste dba o dostarczanie nowych części, opłacanie remontów, wymianę silników, opon itd. Nie sposób nie zauważyć, że w grę wchodzą potężne pieniądze. Sytuacja staje się szczególnie kłopotliwa dla sponsorów wtedy, gdy zespół nie osiąga spodziewanych wyników. To dość uniwersalny problem, który – jak już wspomniałem – dotyczy nie tylko Moto GP, ale i wyścigi Formuły 1, rajdy samochodowe (przykładem może być osławiony Paryż – Dakar), czy też popularne w Stanach Zjednoczonych wyścigi NASCAR.
Kryzys gospodarczy w MotoGP
Ale przypomnijmy kłopoty ekonomiczne Moto GP. Oprócz głosów nawołujących do skrócenia sezonu przygotowawczego oraz pracy nad większą wytrzymałością silników, a co za tym idzie ograniczeniem wydatków na ich rozwój, kłopoty miały same zespoły. Przykładem może być ikona japońskich jednośladów, czyli firma Kawasaki, która to w pewnym momencie stwierdziła, że zamiast wydawać pieniądze na sponsorowanie zespołu, woli inwestować w rozwój sektora atomowego w Japonii. Bardzo szybko wszystkie plotki potwierdziły się, a koncern wydał oficjalny komunikat: Ponieważ światowa gospodarka nie może wyzdrowieć w krótkim okresie, przez główne uderzenie finansowego kryzysu, Kawasaki zdecydowało się zawiesić działalności wyścigów MotoGP od sezonu 2009 i rozlokować fundusze w inny sposób.
Redukcja środków
Po wycofaniu się Kawasaki inne plotki zaczęły wskazywać na innego japońskiego producenta – Yamahę. Dziennikarze motoryzacyjni spekulowali, że Yamaha World Supersport. Jednak wbrew panującym pogłoskom team oficjalnie podpisał uczestnictwo w wyścigach, ale nakłady finansowe zostały jednakże mocno zredukowane. Kierownik zespołu - Wilco Zeelenberg potwierdził, że rzeczywiście w tym sezonie jego zespół będzie dysponował mniejszym budżetem niż ostatnio. Redukcja nakładów spotkała także inne japońskie teamy, np. Hondę.
Genialny inżynier-samouk z tartaku
I w tym momencie pojawił się Yutaka Igarashi. Postać niezwykła. 32-letni Japończyk przez 40 godzin tygodniowo pracuje w tartaku, a jego praca sprowadza się do cięcia drewna. Ale Igarashi jest przede wszystkim niezwykle uzdolnionym designerem i jednocześnie inżynierem-samoukiem. Jego projekty zwróciły uwagę nie tylko dziennikarzy sportowych, ale także opinii publicznej. Możecie je obejrzeć na tej stronie internetowej. Jednak najciekawsze pomysły Japończyka na „Moto Grand Prix przyszłości”.
MotoGP przyszłości
Otóż Igarashi pragnie, by już w 2020 roku na torze pojawiły się jego prototypowe maszyny, czyli bezzałogowe jednoślady napędzane bateriami elektrycznymi (które mają być jedynym ciężkim elementem nadwozia). Motocykle te, które widoczne są na zamieszczonym zdjęciu, mają być niezwykle dynamiczne, a dzięki tzw. “rączce sterującej” będzie można nimi balansować w sposób bardzo podobny do tego jak to czynią prawdziwi kierowcy.
I właśnie Moto GP przyszłości ma opierać się na archetypowym pojedynku człowieka z maszyną. Czy jest to możliwe? Sam Igarashi przyznaje, że swoje inspiracje czerpał z pojedynków mistrzów szachowych z komputerami podczas międzynarodowych turniejów. Ale droga od wymagających sprawności intelektualnej szachów do wymagających sprawności fizycznej wyścigów motocyklowych jest długa. I być może nie do przebycia nawet w ciągu dekady, jaka dzieli nas do 2020 roku.